
Rozmnażanie żab, traszek, przyswojenie słownictwa o bombach wodnych
(spermatoforach), ampleksusie brzusznym, wargach kloacznych po tej
lekturze nie będzie obce. Sztuka odróżniania habitatów (lasy, łąki i
pola, mokradła, rzeki i jeziora, góry, morze i wybrzeże, miasto,
gospodarstwo domowe, mieszkanie), czym jest "oczywiście poza stratą
czasu" i jakie są zalety obserwacji, co warto wiedzieć o zwierzęciu
"zanim zaczniecie za nim biegać". Autorowi udało się w tej książce
zniesławić ponad 100 zwierząt "i wiele z nich jest nawet prawdziwych", a
do tego górali, mazurów, warszawiaków, myśliwych, kilku muzyków,
polityków, itp. Opisy naprawdę nie zachęcają do pójścia w las i
obserwowania zwierząt. Zresztą "najgorsze, że trzeba pojechać w góry
albo wejść do lasu", żeby dostrzec jakieś zwierzę, zdecydowanie lepiej
się czyta niż szuka tych dzikich swawolnych gadów, płazów, ryb, i innych
ssaków. Moc ciekawostek, humoru, nieszablonowych porównań, cudownie
giętkiego i nieokiełzanego języka, i zupełnie odśmigłowych pomysłów na
opisywanie świata przyrody. I za to kocham tę nie popularnonaukową
książkę. I nawet odróżniam już "dzika od rowerzysty".