
Reportaż powstał kilka lat temu, dokładnie w 2018 roku, napisany jest ekstra językiem, czyta się go z niedowierzaniem, zachwytem i w pośpiechu, żeby zdążyć wyczytać wszystkie obserwacje i uwagi autora i poznać całą jego podróż po Uzbekistanie. Podróż już całkiem dawna, bo odbyta przez Bartka Sabelę w 2011 roku, jej celem było dotarcie do brzegów wysychającego Morza Aralskiego. To analiza kilku tygodni spędzonych w Uzbekistanie i "niewyobrażalnego szaleństwa, jakie wydarzyło się na tym terenie". "Z ponad 40 000 km zbudowanych kanałów jedynie kilkanaście procent jest odpowiednio uszczelnionych. Efekt jest taki, że prawie 70% wody odebranej rzekom nie dociera ani do upraw, ani do Morza. Dziesiątki km sześciennych wody wyparowuje". "Stężenie soli w samej wodzie, powietrzu i w błocie jest tak ogromne, że czuć je w nozdrzach. Dziwna, niepokojąca, martwa, trupia wręcz woń... Chyba nigdy nie widziałem niczego bardziej martwego i pozbawionego nadziei... Stoję po kolana w wodzie i jest mi głupio. Nas, ludzi, nie powinno tu być".
Do lat 60. XX wieku czwarte pod względem wielkości jezioro świata (wielkość zbliżona do Republiki Czeskiej), wschodnie wybrzeże usiane było małymi wyspami (1534), po wodzie brodziły nawet flamingi, płytka woda tworzyła laguny, zatoki, sprzyjała powstawaniu osad rybackich. Po morzu pływały kutry i statki wycieczkowe. Dziś, jałowa bezkresna pustynia, powołana do życia przez działanie człowieka, poprowadzenie kanałów, odprowadzanie wody z jeziora, celem upraw bawełny, źle pojętego postępu, wizją wiedzy i mocy działania człowieka, a może z innych powodów. Unicestwione życie mnóstwa roślin i zwierząt, tysięcy hektarów lasów, całej infrastruktury nadbrzeżnej, źródła utrzymania kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Autor pokazuje na zdjęciach satelitarnych kurczenie się Morza Aralskiego. To dowód ludzkiej "arogancji, głupoty i pychy", działań ludzi bez wyobraźni, stawiania siebie na piedestał. Ekolodzy, dziennikarze, podróżnicy, którzy przybywają do Uzbekistanu, by zobaczyć ten obraz nędzy, są odpędzani od pomysłu, dotarcie na miejsce nie należy do najłatwiejszych, opustoszałe miasta i wsie budzą smutek, obraz pustyni, soli przeraża, uprawa bawełny na niektórych połaciach ziemi nie należy do łatwych i przyjemnych, unoszący się pył przyprawia o szaleństwo. "Aby zebrać kilogram bawełny, trzeba zużyć od 17 do 30 tysięcy litrów wody. Ten kilogram wystarcza na wyprodukowanie mniej więcej trzech bluz oraz dwóch par spodni". Pola bawełny są spryskiwane ogromną ilością środków owadobójczych oraz nawozów, 25 % światowego zużycia pestycydów przypada na plantacje bawełny. "Białe złoto" zbierane jest ręcznie, mieszkańcy zmuszani "wezwaniem na zbiory". "Zgięci wpół, wdychając opary pestycydów, bawełnę zbierają lekarze, nauczyciele, pracownicy biurowi i naukowi. Każdy musi wyrobić odgórnie ustalone normy, np. 60 kg dziennie. Odmówić nie można". Dzieci także zbierają.
To poruszająca podróż autora po państwie, które pokazuje turyście tylko, co chce, by turysta widział (zwłaszcza w dużych miastach, które wyraźnie podzielone jest dla przybywających i swoich) "Stare, historyczne dzielnice są oderwane od miejsc dostępnych dla turystów. Zostały wygrodzone murami, a władze dbają o to, by turyści się tam nie zapędzali". Państwie, w którym płaci się stosami banknotów. Uzbecka waluta to ciekawostka podróżnicza, sum w pojedynkę nie
istnieje, wartości nabiera, kiedy jest ich 200, po targowaniu można za
nie kupić jabłko. Świetnie dział tu czarnorynkowy handel walutą w
ciemnych zakamarkach bazarów. Ludzie są przyjaźni, cinkciarze korzystają z niewiedzy turystów. A bogactwo mieszkańców często jest niższe niż wartość sprzętu fotograficznego, czy plecaka i wyposażenia przybywającego tu turysty. Postradziecka Azja Środkowa zaskakuje nie raz, i autora, i czytelnika. Żeby kupić kartę SIM do telefonu, "trzeba mieć ze sobą paszport, wizę, zaproszenie i błogosławieństwo od samego Karimowa niemalże".
"Z władzą Uzbekistanu żartów nie ma. To dyktatura. I choć lekko przypudrowana pozorną demokracją i ułuda wolnego rynku, to jednak nadal dyktatura". A z drugiej strony "normalny, cywilizowany kraj". Graniczy z nieprzewidywalnym Afganistanem, jak Polska z Białorusią. "Władzę Uzbekistanu czuć na każdym kroku, jesteś obserwowany, wiesz o tym. Nie są to już jednak czasy, kiedy popularne były łapówki, wymuszenia, a turyści musieli mieć cierpliwości dla policjantów. Teraz turystów się szanuje. Milicjanci są uprzejmi", czasem skontrolują plecak czy paszport, sprawdzą meldunek. Obowiązuje registracja noclegów, zmora z czasów ZSRR, każdy obcokrajowiec musi się tymczasowo zameldować w miejscu, w którym się zatrzymuje. Na wymianę 100 dolarów trzeba by mieć oddzielny plecak na sumy. W wynajmowanym pokoju w hotelu można natknąć się na krzesło elektryczne i wiadro, plus łóżko, a na zewnątrz na plastikową żyrafę, lwa i sarny. Z napotkanym człowiekiem wypada porozmawiać, poznać się, wymienić kilka zdań, uprzejmości, wypić herbatę, nie speszyć się. "Pośpiech jest oznaką braku szacunku". Ludzie są życzliwi, otwarci, bezinteresowni, gościnni, zupełnie nie dbają o porządek wokół siebie, na ulicy. Choć "Taksówkarze są ludźmi, w których żadne słowo wierzyć nie należy", kłamią, naciągają, dezinformują. Dzieci nie mają boisk, a często nawet piłek. Jedna piłka na grupę i skrawek ziemi to radość i okazja do rozegrania meczu, biegania i kopania. Umieralność na gruźlicę, raka płuc, gardła, anemię, alergie, wirusowe zapalenie wątroby, tyfus, w rejonie Morza Aralskiego jest "trzykrotnie wyższa niż w innych częściach kraju". Pogubiliśmy się, planując "ziemską inżynierię". Wody nie da się tu przywrócić. "Ale pod dnem Arala znaleziono złoża gazu ziemnego, i to wydaje się przesądzać jego los".
Autor otrzymał nagrodę Bursztynowego Motyla (2013) i nagrodę Magellana
dla Najlepszej Książki Reportażowej (2013). Za wciągającą, intrygującą, przytłaczającą, mocną książkę o ludziach Uzbekistanu, ich kulturze
bycia, sposobach na życie, o znikającym Morzu Aralskim. Ta podróż przez kraj, by na końcu zobaczyć agonię morza to silne doświadczenie, udowodnienie ludziom ekologicznej zbrodni, uświadomienie, jak bezmyślne pomysły uchodzą bezkarnie, i są niczym apokalipsa dla przeciętnego obywatela państwa.
Może (morze) wróciBartek Sabela
wydawnictwo Bezdroża/Helion, Gliwice 2013
liczba stron: 232
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz